Część 2 : Moja radość jest wielka

Moja kochana żona, dzisiaj zrobiła mi taką niesamowitą, wspaniałą, co ja mówię – najwspanialszą niespodziankę! Jak zwykle przygotowała mi kanapki do pracy. Rozpieszczała mnie tym dbaniem o to, żebym mógł się skupić na porannym przygotowaniu do pracy, żebym zawsze miał coś smacznego do zjedzenia. Ale dziś przeszła samą siebie! Otwieram śniadaniówkę, i co tam zastaję? Liścik, że przeprasza, ale nie miała głowy do kanapek. Za to daje mi kilka słodkich czekoladek i melisę. Melisę? Po co mi melisa?

Kolejny liścik. Melisę mam wypić po odwinięciu zawiniątka, które znajduje się w mojej torbie. Ciekawość sięga już zenitu. Nie wiem czego mam się spodziewać. Ciekawość miesza się z lekkim stresem. W końcu melisę zażywa się na uspokojenie. Zaglądam i co widzę? Dwie kreski na plastikowym teście ciążowym. Boże Drogi! Będę Ojcem! Będziemy mieli dziecko!

Nie omieszkałem wykrzyknąć tego na całe biuro. Tyle lat czekaliśmy na tę chwilę. Już od 7 lat jesteśmy małżeństwem, zawsze miałem cichą nadzieję, że stanie się cud. Chociaż wszyscy już nas dawno zaszufladkowali jako bezdzietne małżeństwo, ja wiedziałem, że ten moment nadejdzie. I nadszedł!

Melisy nie wypiłem. Poprosiłem o dzień urlopu. Dobrze, że miałem wyrozumiałego szefa. Poleciałem do kwiaciarni po najpiękniejsze czerwone róże, a potem jak na skrzydłach biegłem w kierunku domu.

Gdy tylko otworzyłem drzwi, rzuciłem swój neseser w kat, po to by wziąć swoją żonę w ramiona i obrócić się z nią dookoła własnej osi.

– Moja Ty Kochana! – wykrzyknąłem.

– Puść mnie, bo mnie zemdli, i będziesz miał koszulę do prania – moja żona jak zwykle wszystko musiała podsumować żartem.

– A niech będzie do prania. Wtedy już będę miał nieodzowny dowód na to, że to nie sen. Może wybierzemy się dzisiaj na Mszę Świętą, by podziękować Bogu za ten dar. Wierzyłem, że Bóg nas nie opuści w prośbach o dzieciątko.

– Jasne, tylko coś zjem, bo się zrobiłam głodna – moja żona wiedziała jak rozmiękczyć moje serce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.