Część 4 : Bez serca

Następnego dnia wstaliśmy nieco później, niż zwykle. Byliśmy zmęczeni wczorajszymi przebojami. Pogładziłem policzek mojej kochanej żony. Zostało już tak niewiele do rozwiązania, oby wytrzymać te kilka tygodni.

Zjedliśmy spokojnie śniadanie i pierwsze co zrobiliśmy pojechaliśmy w kierunku gabinetu lekarza prowadzącego Joanny. Opieka prywatna ma chociaż to do siebie, że z powodzeniem mogliśmy zaliczyć dzisiaj wizytę bez długiego oczekiwania na swój termin.

Po kilkunastu minutach, Joanna była już za drzwiami gabinetu lekarskiego. Cierpliwie czekałem, aż zostanę poproszony, by dołączyć do moich dziewczyn.

Kilka chwil później zza drzwi wyszedł lekarz w białym kitlu. Nie patrząc na mnie wcale, ręką wskazał, bym wszedł do środka. Po przekroczeniu progu zamarłem… Moja żona siedziała blada jak ściana, wpatrywała się przed siebie, po policzkach spływały jej łzy.

Usiadłem na krześle obok niej.

– Straciliśmy ją – wyłkała i wtuliła się w moje ramię. Krzyczała z bólu, jaki nas spotkał.

– Jak to, doktorze my byliśmy wczoraj w szpitalu. Jak to ją straciliśmy – nie pozwalałem na to, by to co powiedziała moja żona, stało się prawdą.

– Bardzo mi przykro – wydusił z siebie lekarz – podczas badania… serduszko już nie biło. Podejrzewam, że dziecko już jest martwe od jakiegoś czasu, ciężko mi powiedzieć jak długo. Nie wiem co się stało, trzeba zrobić szczegółowe badania. Teraz niestety muszę wypisać skierowanie do szpitala. To nie będzie przyjemne, ponieważ dziecko jest już duże i będzie Pani musiała je urodzić. – lekarz nie potrafił patrzeć nam w oczy.

Joanna na tę informację zaczęła się trząść jeszcze bardziej. Byliśmy przerażeni. Żona ma pójść do lekarza, by urodzić martwe dziecko.

Pozostałe chwile, pozostałe godziny i dni pamiętam jak przez mgłę. Byłem przy żonie praktycznie przez cały czas. Nie pozwalałem sobie na płacz i żal, bo bałem się że jeśli będę słaby, moja żona się rozsypie. Czułem się, jakby coś ze mnie zeszło, jakbym w sobie nie miał serca, wrażliwości, ani krzty emocji.

Nie wiem, które z nas podjęło te decyzje, że zorganizujemy naszej kruszynce pogrzeb. Może to ja tak postanowiłem. Wszystko działo się jakby z automatu. Pogrzeb był zaplanowany na tydzień po porodzie. Dobrze, że w tym czasie byli przy nas moi rodzice i teście. Zajęli się większością rzeczy. My musieliśmy podjąć decyzje, jak damy naszej malutkiej na imię. Zwlekaliśmy z tym do ostatniej chwili, nawet na ten temat kiedyś się przekomarzaliśmy. Łucja. Żona, któregoś dnia powiedziała, że kruszynka ma mieć imię Łucja, bo wtedy na pewno od razu trafi do nieba.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.