Jerzy Pecold – „PADRE, Strzelba, Różaniec i Koń” – recenzja

Podróże mogą mieć bardzo urozmaicony wymiar. Zazwyczaj mamy do czynienia z przepięknymi opisami przeżyć w amazońskiej puszczy, na Saharze, lub na ziemi owianej mocą orientu. Ale warto zastanowić się, czy podróż na najdalszy zakątek Ziemi ma tylko jeden cel? Zobaczyć, posmakować i przeżyć? Wyjątki stanowią ludzie, którzy podróżują nie dla siebie, ale dla innych. Tutaj będzie mowa o misjonarzu, który postanowił wybrać się do Ekwadoru, państwa skutecznie omijanego przez wiele organizacji.

Jerzy Pecold nie od razu został księdzem. Z wykształcenia jest po prostu rzeźnikiem. Jednak czując w swojej duszy powołanie, przyjął święcenia kapłańskie w 1984 roku. Napisał on książkę zatytułowaną „Padre, Strzelba, Różaniec i Koń”. Opowiada w niej o tym, jak znalazł się na misjach w Ameryce Południowej i z jakimi problemami zetknął się już na samym początku. A nie były to byle jakie problemy. Nie przeczytamy tutaj o niezapłaconych rachunkach, czy też problemach z mieszkaniem. Ks. Jerzy już w pierwszych tygodniach swoich misji, dowiedział się co to znaczy zachorować na żółtą febrę, lub stanąć oko w oko z jadowitym wężem, który postanowił wybadać jego ciało i potraktować jako miejsce do pełzania. Z drugiej strony misjonarz, opisuje w sposób niezwykle naturalny, te same węże jako miejscowy przysmak, który uchodzi za prawdziwy rarytas.

W książce znajdziemy jeszcze wiele fragmentów, w których opisane są chwile, kiedy autor czuje obecność śmierci na swoim ramieniu. Jedną z takich sytuacji jest podróż do Ziemi Obiecanej wraz z miejscowymi przemytnikami. Podczas tej wyprawy ginie jeden z nich, który odmawia zapłacenia łapówki w wysokości 10 dolarów. Misjonarz jedzie z nimi tylko po to, żeby jeszcze lepiej poznać prawdziwe życie Ekwadorczyków.

Opowieść misjonarza z kolejnymi kartkami książki coraz bardziej się rozkręca. Stajemy się niejako świadkami jego kontaktów nie tylko z miejscowymi mieszkańcami dżungli, ale również z osobami z tak zwanego „świecznika”. Ale jest to pojęcie zupełnie inaczej rozumiane niż u nas w Polsce. Mianowicie takimi osobami z pewnością nie są celebryci, a wręcz przeciwnie. Mowa o handlarzach narkotykami, przestępcach, czy też innych przedstawicielach ciemnej strony Ekwadoru. Jednak mimo świadomości tego, że na co dzień nie postępują oni zgodnie z Dekalogiem, ks. Pecold nie odmawia im odprawienia mszy w ich intencji, czy też urządzenia uroczystości pogrzebowych.

Osoby nie przepadające za światem kleryków i księży, szybko mogą się przekonać, że osobę sprawującą taką posługę można bardzo polubić. Zauważymy w tej książce, że misjonarz nie boi się podejmować żadnych wyzwań, począwszy od sterowania awionetką, a kończąc na odbieraniu porodu we własnym aucie lub wyrywaniu zębów potrzebującym pomocy dentystycznej mieszkańcom.

Na pewno nie raz zbije na z tropu kontrastowość opisów. W jednej chwili opisuje ofiary, które zginęły na skutek zagryzienia przez piranie, a drugiej już wspomina o tych rybach jak o rarytasie w kulinarnym świecie Ekwadoru.

Książkę czyta się niezwykle szybko. Przyczyniają się do tego bardzo krótkie rozdzialiki zajmujące czasem 2, a czasem 4 strony. Dodatkowo są one przedzielone barwnymi i ciekawymi fotografiami wykonanymi przez znanego i podróżnika Wojciecha Cejrowskiego. Na pewno jest to pozycja idealna dla osób lubiących coś innego od barwnych i optymistycznych opisów typu: „jak to fajnie jest być w podróży”. W końcu ksiądz Jerzy Pecold bardziej opisuje życie Ekwadorczyków, takie zwyczajne, codzienne. A nie to, jak on ich odbiera.