Latający dywan do krainy zapachów i barw- Maroko

Po zakończonej wyprawie do Egiptu i Peru mieliśmy pewien niedosyt podróżniczy. Tęskniliśmy za wspaniałym, gorącym słońcem, łaknęliśmy kolejnych doznań i przygód. Nie można mieć wszystkiego, ale staraliśmy się połączyć te dwa wyjazdy w jedną całość. Zafascynowani słonecznym Egiptem, piaskami pustyni, z drugiej strony niezwykle kolorowym i tanecznym Peru. Tym razem za nasz cel wyprawy wybraliśmy Maroko i „perłę południa”- Marrakesz.

„Can”t tell you how,
I even came to get here
Mysterious
everything I hold dear

That familiar sound
explains what I”m feeling
I”m both lost and found
never been there before

Marrakech adventure
Marrakech adventure”

Główny port lotniczy Maroka im. Króla Mohammeda V, jest usytuowany 30 km na południowy wschód od Casablanki. Tutaj przylatuje większość samolotów z Europy, Afryki oraz Bliskiego Wschodu. Lotnisko ma dobre połączenia autobusowe i kolejowe z Casablanką i Rabatem, więc jest doskonale zlokalizowanym miejscem by rozpocząć swoją przygodę po Maroku. Co ciekawe, kraj wydaje się być tak odległy, jakby od naszego kontynentu dzieliły go tysiące mil. Okazuje się jednak doskonałym miejscem podróży dla tych którzy panicznie boją się latać. Wystarczy pojechać do Francji, a najlepiej Hiszpanii, wsiąść na prom i po około godzinie powitać brzegi Maroka.

Z lotniska bez problemów udało nam się dostać do Casablanki, a nasz hotel położony był zaledwie trzydzieści minut od lotniska. To ta sama sieć Ibisów, która znajduje się u nas w Polsce, jednak ze zgoła odmiennym stylem. Powitało nas miejsce o kolorach wrzosu i zieleni, o nowoczesnym, bardzo przyjemnym wnętrzu. Podobnie jest z całym miastem. Jeśli ktoś spodziewa się filmowego romantyzmu, lub typowego dla tej kultury wystroju miast, mocno się rozczaruje. Casablanca to największe miasto Maroka i na pierwszy rzut oka przypomina nowoczesną, południowoeuropejską metropolię. Z szerokimi chodnikami,wysokimi wieżowcami i luksusowymi hotelami, miasto narzuciło nam wizję dobrze prosperującego centrum biznesu. Jednak gdy rozejrzeliśmy się lepiej i lepiej znaleźliśmy kilka wspaniałych miejsc nawiązujących do Orientu.

Po tym jednak co tu zobaczyliśmy i naszych poglądach o tym mieście, zweryfikowaliśmy nieco nasze plany i postanowiliśmy w zwiedzaniu połączyć teraźniejszość z przeszłością. Podążyliśmy śladami tropów filmowych i sławnego filmu Casablanca w reżyserii Michaela Curtiza. Zapewne niewiele osób zdaje sobie sprawę, że obraz nie został nakręcony w marokańskim mieście, a na planie w Hollywood. Z tego też powodu nie znaleźliśmy tu wielu symboli związanych z filmem. Jedynym wyjątkiem był bardzo drogi bar w hotelu Hyatt Regency, w którym zwiedzający mogą oglądać plakaty z filmu oraz kupić pamiątki w postaci koszulek i czapeczek. Jest jeszcze jedno miejsce, nie byliśmy tam, ale podobno by zobaczyć autentyczny klub zamieszkujących Brytyjczyków Casablancę, który został założony w 1922 trzeba udać się do Churchill Club. Według miejscowych opowiadań miejsce nadal cieszy się całkiem sporym powodzeniem, jednak warto wiedzieć, że najlepiej ”słyszany” jest tam język angielski.

Wracając do samego miasta trzeba przyznać, że panuje tu większe rozluźnienie obyczajowe niż w innych częściach Maroka. Widoczne jest to szczególnie patrząc na młodzież oraz kobiety. Zakazy odnoszące się do płci są tutaj respektowane w mniejszym stopniu, niż w innych muzułmańskich miastach tego kraju. Młodzi ludzie z Casy chodzą na plażę, do barów i nocnych klubów. Nie ukrywają, ani nie zakrywają swojej urody, podkreślają ją ubiorem i są tak samo wyluzowani jak młodzież z krajów europejskich. W porównaniu do innych miejsc tu rzadko widzieliśmy kwefy, wręcz przeciwnie, kobiety noszą mini spódniczki, okulary przeciwsłoneczne, buty na wysokich obcasach i malują się. Wszystko to łatwo zobaczyć przebywając w restauracjach czy barach, oraz przechadzając się po ulicach Casablanki.

Szukając ciekawych miejsc i poznając miasto poznawaliśmy również kulinaria miasta. Ceny nawet w droższych restauracjach są przystępne i posiłki smaczne, co jednak podbiło nasze serca to słodycze. Cukiernia Gateaux Bennis w Quartier Habousi, lodziarnia Olivieri zachwyciły nas. Mnogość smaków jest niezliczona. Naprawdę sam wybór dostarcza sporego problemu, a przy smakowitym wyglądzie i zapachu świeżo upieczonych rożków jest prawdziwą torturą. Lody są wspaniałe. Tak delektując się cudownymi smakami trafiliśmy do wrót meczetu Hassana II. O dziwo to trzecie co do wielkości miejsce sakralne zaprojektował francuski architekt Michel Pinseau. Marzenie Hassana, czyli najwyższy minaret świata o wysokości 210 m widać już z ogromnej odległości. Dodatkowo w nocy potężne wiązki laserów wysyłane z jego wierzchołka oświetlają niebo i wskazują wiernym kierunek na Mekkę Meczet i sam plac wokół niego robią ogromne wrażenie. Jest to miejsce spotkań nie tylko wiernych, udających się na modlitwę, ale i towarzyskich plotek czy dziecięcych zabaw.

Naprawdę niebywałe wrażenie zrobiła na nas fontanna, zachwycająca swą ornamentyką. Jej piękno jest naprawdę wprost porażające.

W samej zewnętrznej konstrukcji dokładnie widać wpływy francuskiej kultury i samego projektanta, wnętrze natomiast zaskakuje z kliku powodów. Po pierwsze w odróżnieniu do konstrukcji jest typowo Marokańskie. Drewno cedrowe pochodzi z Atlasu Średniego, marmury z Agadiru i poddano obróbce najlepszych rzemieślników z całego kraju. Efekt ich pracy jest powalający. Zdumiewające drewniane rzeźby, mozaiki kaflowe i sztukaterie budzą prawdziwy zachwyt u wszystkich zwiedzających. To co nas bardzo zaskoczyło, to fakt, że wnętrze meczetu jest niezwykle nowoczesne. Zainstalowano tu centralny system ogrzewania podłóg, elektryczne drzwi oraz odsuwany dach. Podobnego miejsca modlitw nie widzieliśmy w życiu. Jest to dość szokujące dla tego typu budowli (i to do tego w kraju muzułmańskim), które zazwyczaj kojarzą się z zamierzchłymi czasami, bogobojnością i surowością. Jak dowiedzieliśmy się potem, budowa obiektu kosztowała ok. 600 mln $. Zrozumiałe więc się staje skąd takie rozwiązania i przepych. Nie dziwi też w takim razie, że meczet jest otwarty dla niemuzułmanów. Jednak do zwiedzania dostępny wyłącznie w ramach zorganizowanej wycieczki z przewodnikiem. Ciekawe, co typowe dla wyznania Islamu, nie wolno zapomnieć o ściągnięciu butów, ale uwaga- nie zostawia się ich przed wejściem, lecz nosi ze sobą. Wybraliśmy się też na wycieczkę do Mediny. Stanowczo polecamy i jednocześnie odradzamy. Najpierw znajdziecie skomercjalizowaną część z pamiątkami, straganami, z typowo handlowym przybytkiem i usposobieniem. Jednak potem można przejść przez mury i wejść w prawdziwe getto. Przechodząc z jednej części do drugiej, przechodziliśmy obok grupki mężczyzn. Jeden z nich wyciągnął nóż, a właściwie tasak wielkości ok 25 cm, uniósł go do góry i powiedział: Welcome to Casablanca. Zmroziło nas i właściwie nie wiedzieliśmy czy uciekać, czy iść dalej przed siebie nie okazując strachu. W obcym kraju, dość niebezpiecznym i do tego zupełnie obcym kulturowo trzeba na siebie naprawdę uważać. W środku starej mediny poczuliśmy atmosferę starego portu. Jednak to była nasza pierwsza i ostania taka wyprawa w życiu, atrakcja dla odważnych albo głupich… Naszym motto będzie: nie udawaj się tam gdzie nigdy nie chodzą inni turyści.

Casa ma niezłe połączenia z innymi ciekawymi miejscami. Pociągiem można dostać się właściwie wszędzie. Marokańczycy w większości są towarzyscy i gadatliwi. Nie ma możliwości, by jakakolwiek podróż ich środkami transportu, a w szczególności koleją przebiegła bez towarzystwa, zaczepiania i rozmów z ich strony. Marokańczycy przede wszystkim jeżdżą kolejami. Nawet w pierwszej klasie gromadzą się takie tłumy, że ludzie zwyczajnie stoją na korytarzach, niejednokrotnie na jednym fotelu siedzą dwie osoby, np. matka z dzieckiem. Generalnie wszędzie zbierają ze sobą dzieci. Nie spotyka się tu takiego rozluźnienia jak w krajach europejskich gdzie rodzice, a właściwie matki mogą dla własnych potrzeb, odpoczynku czy hobby samotnie pobyć tylko z sobą.

Postanowiliśmy wybrać się do stolicy Maroka, czyli Rabat. Miasto jest sporym ośrodkiem przemysłowym, ale i bardzo ważnym centrum turystycznym. Panuje tu swobodna atmosfera, żyje toczy się bez zbędnego pośpiechu. Nowa część miasta jest tak samo nowoczesna i kosmopolityczna jak Casa. Panuje tu też większe rozluźnienie obyczajowe, ale nie ma wielkomiejskiego gwaru charakterystycznego dla większych miast. W Rabcie również zacumowaliśmy w tamtejszym Ibisie, schludnym i przyjemnym hotelu o przystępnych cenach.

Tutejsza Medyna powstała dopiero około XVII wieku. Na odcinku od Wielkiego Meczetu do Rue des Consuls można zakupić stylizowaną, marokańską biżuterię. Droga stąd prowadzi na pchli targ, gdzie na pierwszy rzut oka sprzedawane są bezwartościowe przedmioty. Nigdy jednak nie wiadomo co uda się wyszperać w czeluściach straganów i naprawdę warto się rozejrzeć, bo można wygrzebać naprawdę wiele ciekawych i ozdobnych przedmiotów. Znaleźliśmy przepiękny świecznik, który dziś stanowi przepiękną ozdobę naszej sypialni. Co charakterystyczne dla kultury i twórczości Maroka znaleźliśmy też sklepy z dywanami (najwspanialszymi w całym Maroku) i pledami. Tu również zaopatrzyliśmy się w przedmioty do wystroju naszych czterech kątów, wspaniale komponujące się z dopiero co zakupionym przedmiotem na targu. Kupiliśmy pled i maleńki dywanik.

Na końcu ulicy stoi tak zwana kazba, gdzie za czasów korsarzy odbywały się targi niewolników. Można tu podziwiać widok na rzekę i Ocean Atlantycki. Obok wznosi się XVII-wieczny pałac, postawiony przez Mulaj Ismaila, gdzie obecnie znajduje się Muzeum Sztuki Marokańskiej. Zwiedzający mogą zobaczyć przykłady marokańskiego rzemiosła, przepiękną kolekcję ceramiki, biżuterii i strojów ślubnych typowych dla tej kultury, ciekawe instrumenty muzyczne, oraz gabloty z bronią. Chwile potem wychodzi się na naprawdę wspaniałe Ogrody andaluzyjskie, położone na wewnętrznym dziedzińcu pałacu. Mogliśmy tu wspaniale wypocząć wśród kolorowych kwiatów, drzew cytrusowych i ozdobnych sadzawek. Tak tu romantycznie.

Nad mostem znajdującym się przy brzegu rzeki Bu Regreg stoi najsłynniejszy zabytek Rabatu – Wieża Hassana. To niedokończony minaret, który według przekazów Marokańczyków, pierwotnie miał być największym i najwyższym w całym świecie muzułmańskim. Kolejnego dnia odwiedzamy najważniejsze dla Marokańczyków miejsce w stolicy, czyli Mauzoleum Mohammeda V. Budowla jest pełnym kunsztu przykładem marokańskiej sztuki zdobniczej, stanowiąc godne miejsce spoczynku władcy, który zapewnił Maroku niepodległość. W pobliżu znajdują się pozostałości jednej z największych budowli świata muzułmańskiego – meczetu z potężnym minaretem, wieżą Hasana. Budowę tego rzybytku rozpoczęto w końcu XII wieku, zaś wieża o wysokości 44 metrów jest tak szeroka, aby władca mógł na nią wjechać konno. Faktycznie, przecież niegdyś przedstawiciele kultury muzułmańskiej byli doskonałymi jeźdźcami. Mknący na najwspanialszych koniach, do których nikt poza nimi nie miał dostępu budzili podziw całego świata. Zaraz w myślach przywołuję obraz arabów w tradycyjnych strojach galopujących przez piaski pustyni, rodem z filmu Tajemnice Sahary. Za tym filmowym widokiem szalały tysiące kobiet, kiedy zza narzuconej na twarz chusty z lekka widać było mocno opaloną skórę i głębokie czarne oczy. Wzrok takiego przystojniaka powalał każą kobietę i tę w filmie i tę przed ekranem.

Następnego dnia jedziemy za miasto. Za jego murami odnajdujemy nekropolię Szella. Są to jedne z najwspanialszych zabytków, a zarazem ruin Maroka. Wstęp kosztuje 10 dh.
Po przejściu bramy przywitało nas mnóstwo kotów oraz fantastyczny, piękny zapach. Przed nami rósł las drzew- figowców, pomarańczy, bananowców i drzewek oliwnych. Powitały nas całe połacie kwiatów. Schodziliśmy w dół wśród rajskiej zieleni, sąd dochodziły nas wyjątkowo głośnie dźwięki wydawane przez przeróżne ptactwo. Wśród tej przyrodniczej mozaiki ukazały się nam ruiny miejsca pochówku sułtanów z dynastii Merynidów, a na pierwszym planie grobowiec Abu al-Hassana – Czarnego Sułtana. Widok wręcz rajski, czy z tajemniczego ogrodu zamiast w Anglii, osadzonego na afrykańskim kontynencie. Mnóstwo boćków, a wśród ruin ich gniazda i wszędobylskie koty. Znajdują się tu też groby miejscowych świętych, a otoczony murem basen jest podobno miejscem pielgrzymek bezpłodnych kobiet. Rytuał ich rzekomego uzdrawiania polega na tym, że ugotowanymi i obranymi ze skorupek jajami karmią żyjące w wodach basenu węgorze. Okropne i dziwne. Ciekawe czy skuteczne…Nieopodal widać pozostałości meczetu. Między zachowanymi szczątkami murów starego minaretu, który w przeszłości był tradycyjną, muzułmańską szkołą wyższą, jeszcze całkiem dobrze widać cele uczniów i nisze modlitewne.

Z Rabatu znów pociągiem na nieodległy wschód kraju. Jedziemy do Meknesu, miasta które przeżywało swój okres największego rozkwitu w XVII i XVIII wieku. Wtedy to sułtan Mulaj Ismail postanowił zrobić tu stolicę, wnosząc ogromy kompleks pałacowy wzorowany na niczym innym jak francuskim Wersalu. Dlatego też Meknes po dziś dzień nazywany jest Wersalem Maroka. To niewyobrażalnie wielka konstrukcja, którą łatwo znaleźć wśród okrążających ją domów. Zaraz po jej ukończeniu, bo 1677 roku, została poświęcona podczas niezwykłego, całonocnego festynu. Według tamtejszych kronik, sułtan osobiście zabił wilka by jego głowę umieścić nad centralną bramą (mamy nadzieję, że to jedynie legenda, bo lubimy wilki).

W Meknesie punktem centralnym zespołu murów i bram miasta jest Bab al- Mansur, olbrzymia, bogato zdobiona brama. Nazwa tego miejsca pochodzi od nazwiska projektanta, który z chrześcijaństwa przeszedł na Islam i zajął wysoką pozycję na dworze sułtana. Jak głosi kolejna legenda, kiedy Ismail przyjechał skontrolować postęp prac na terenie budowy, zapytał al- Mansura, czy potrafi wybudować jeszcze coś tak wspaniałego. Odpowiedź twierdząca w trybie natychmiastowym oznaczała śmierć dla architekta. Nie wiadomo co potem się stało i jaka padła odpowiedź, ale bramę ukończył dopiero syn Ismaila, Abdullah.

Całe Marko to wspaniałe miejsce na przepiękną fotografię. Różnorodność tego państwa, ludzie, zabytki, geografia, a przede wszystkim kolory to wspaniały materiał na zdjęcia. Jednak należy bacznie uważać na to kogo się fotografuje i lepiej zrezygnować ze zdjęć z bardziej „ortodoksyjnymi” Marokańczykami (albo zaopatrzyć się w dobry obiektyw i fotografować nieświadomych ludzi ze znacznej odległości). Generalnie fakt fotografowania osób bez ich zgody lub z ukrycia, nie jest mile widziany i należy wystrzegać się tego. W przypadku fotografowania kobiet czasami trzeba mieć szczęście, bo widząc, że chce się je uwiecznić na zdjęciu zwyczajnie zasłaniają się chustami. W miejscach bardziej wyzwolonych obyczajowo oczywiście nie ma z tym problemu. Zdarzyć się jednak może czasami, że w konsekwencji nieprzemyślanego zachowania trzeba liczyć się z wysokim bakszyszem albo dużymi nieprzyjemnościami i…ucieczką. By jednak nie zniechęcić do tej narodowości dodam, że Marokańczycy mają wręcz perfekcyjną pamięć do twarzy i turystów. Kiedy przechodziliśmy tą samą ulicą drugi raz, słyszeliśmy liczne pozdrowienia ludzi, którzy już raz nas zobaczyli. Generalnie Marokańczycy przekrzykują się we wszelkiego rodzaju powitaniach. Wszędobylskie salut, ca va, hello i wiele innych odmian językowych słychać wszędzie. To bardzo miły zwyczaj, ale chwilami nieco męczący. Poza ludźmi, którzy starają się wykorzystać turystów do zarobku, to wspaniały, uczynny, otwarty, wręcz gadatliwy naród.

Wracając do Meknesu i tu musieliśmy zwiedzić Medynę, którą najlepiej odwiedzić bardzo wcześnie rano, albo po zmroku. Podczas przechadzania się między małymi uliczkami, zakamarkami i maleńkimi placykami czuliśmy przepiękne aromaty cudownie pobudzające powonienie, po straszliwe wyziewy garbarni i kubłów ze śmieciami. W takich śmierdzących miejscach dobrze mieć ze sobą listek mięty, by zwyczajnie nie omdleć.

Każde wejście do medyny to spotkanie z zupełnie innym światem. Jak w całym Maroku, są tu uliczki pełne cudownych dywanów i kilimów, miejsca całkowicie wypełnione ubraniami , uliczki pełne sklepów z butami, złotem, srebrem i cała masą stylizowanej biżuterii. Są tu też place z garbarniami przesycone zapachem oliwy oraz czosnku. I zaręczam, nawet jeśli ktoś uwielbia czosnek, tam naprawdę cuchnie, nie tylko aromatyczną przyprawą. Dotarliśmy tez do sklepów rzeźników, gdzie można kupić wielbłądzi garb albo łeb, woleliśmy tu się nie zapuszczać oraz nie wdawać w szczegóły i upodobania kulinarne.

Będąc w Meknesie trafiliśmy też na XIV-wieczną medresę Bu Inania przy Wielkim Meczecie. Miejsce z wyglądu jest dość mylące. Z zewnątrz to dość niepozorny budynek, jednak środek zachwyca przepięknymi arabeskami, niezwykłymi, precyzyjnymi rzeźbieniami w oliwnym i cedrowym drewnie, pokrywającymi ściany i sufity szkoły. Tu w wielu miejscach miasta można wspiąć się na dach, z którego rozciągają się piękne widoki na miasto.

Z Meknesu jest niedaleko do najstarszej stolicy Maroka, czyli Fezu. Wcześniej już pisałem o podróżowaniu pociągami, jednak w drogę można się udać także innymi środkami transportu. Poruszając się po mieście najlepiej jest korzystać z taksówek, tzw. Petit Taxi. To naprawdę wyjątkowo tani i szybki sposób przemieszczania się. Są również Grand Taxi. Bierze się je dłuższe trasy, zwykle za miasto, lub między miastami. Podobnie jak w Egipcie, najważniejsza rzecz dotycząca taksówek to cena. Tu również należy zażądać włączenia taksometru, a na proponowaną cenę reagować odmownie, gdyż zazwyczaj jest kilka razy wyższa niż normalnie wskazuje licznik. Jeśli kierowca odmówi włączenia taksometru jedynym wyjściem jest poszukanie nowego przewoźnika. Całe szczęście ten niemiły proceder dotyczy wyłącznie taksówek znajdujących się przy dworcach, w portach i na lotniskach. Kiedy zatrzymywaliśmy taksówkę w mieście, taksometr był zawsze włączony. Co w naszej kulturze zaskakujące i odmienne, tu od czasu do czasu taksówkarz może zatrzymać się kilka razy i zabrać kogoś innego na doczepkę. Kurs jest nadal ten sam i nie zbacza się z niego. Kierowca po prostu zabiera tych, którzy potrzebują dostać się gdzieś po drodze lub dalej. Najczęściej podróżuje się z innymi turystami i jest to fajna okazja do wymiany doświadczeń i miłej nieskrępowanej rozmowy. Nie jestem jednak pewien czy jazda z jakimś nachalnym Marokańczykiem by była komfortowa. Podobnej sytuacji jednak nie doświadczyliśmy.

Fez to ukochane miejsce wielu turystów zwiedzających Maroko. Nam nazwa ta w szczególności kojarzy się z jednym z bohaterów serialu Różowe lata siedemdziesiąte… Jednak wracając do najstarszej z imperialnych stolic, to najlepiej zachowane średniowieczne miasto świata arabskiego. Na tak wspaniałe miejsce naprawdę dobrze poświęcić trochę czasu i obejrzeć je z kimś kto je zna. Postanowiliśmy wynająć oficjalnego przewodnika (mają specjalne laminowane karty na szyi) na cały dzień. Dodam, że nie tylko chodzi tu o profesjonalne zwiedzanie, ale w Fezie wyjątkowo łatwo można się zgubić. Wracając do samego przewodnika, oczywiście jak wszędzie warto ustalić co dla kogo oznacza termin cały dzień i zaprosić ową osobę na herbatę. Pozwoli to sprawdzić czy tak naprawdę nie mamy do czynienia z naciągaczem. Gdyby taki się przytrafił, będzie szedł przed Wami kilka kroków wcześniej, udając, że nikogo nie prowadzi. Z taka osobą nie zobaczysz tego co najciekawsze, a jedynie najmniej uczęszczane uliczki miasta.

Kiedy już mniej więcej zapoznaliśmy się z przewodnikiem, razem zgodnie ustalamy za pomocą mapy główne punkty wycieczki.

Na początku od mężczyzny słyszymy starą historię Fezu, który niegdyś był małą berberyjską osadą. Założony na początku IX w. po wkroczeniu Arabów, Fez szybko stał się religijnym i kulturalnym punktem centralnym kraju. Najpierw zamieszkiwali tu muzułmanie przybyli z Hiszpanii. Początki budowy uniwersytetu w 859 roku stały się zaczątkiem przyszłej potęgi miasta. Miejsce cieszyło się potęgą i dobrobytem aż do X w. Po wojnie domowej, kiedy to lud wymierał z powodu głodu i zarazy, Fez najechały plemiona berberyjskie. Miasto podupadło by znów pod koniec XI w. Almorawidowie w krótkim czasie uczynili zarazi po Marrakeszu drugi znaczący ośrodek polityczno-handlowy w kraju.

Opisanie tego wszystkiego co zobaczyliśmy w Fezie, jego bogactwa kulturowego i wszelkich wspaniałości nie jest możliwe. Gdybym chciał to spisać, pewnie by powstał kolejny przewodnik. Na samo pobieżne zwiedzanie miasta trzeba kilku dni, a co dopiero spisanie wszystkiego i zebranie w jedną całość. Wspomnę jedynie o tym co najbardziej nas zachwyciło, z bólem serca pomijając wiele atrakcji, miejsc ukazujących prawdziwą historię i kulturę tego kraju.

Z medyną starego Fezu na całym świecie mogą rywalizować tylko Marrakesz, a także Kair. Mieliśmy więc już porównanie z jednym z miast na miejscu, a za kilka dni swoje bramy miało otworzyć przed nami trzecie.

Medyna w Fezie to ogromny labirynt krętych, wąskich, często ślepych uliczek, placyków z fontannami i grobami sufickich świętych. Witały nas jak zawsze ciemne, czasem złowrogie zaułki i fascynujące orientalne zapachy. Mijaliśmy niezliczone bazary, meczety, medresy, małe knajpki. Cała medyna była otoczona imponującymi murami z bramami, które wieńczą obronne wieże.

Nikt nie wie ile dokładnie jest uliczek w Starym Fezie, ale podobno prawie dziewięć i pół tysiąca. Chyba nawet rodzimi mieszkańcy nie są w stanie opanować tego szalonego labiryntu i czasem zdarza im się zagubić. Przyjezdnemu zostaje tylko poddać się chwili i rzucić w wir tego pokrętnego miejsca. Zwiedzając razem z przewodnikiem nie czuliśmy się zupełnie bezpieczni i pewni tego czy zmierzamy w odpowiednim kierunku. Jednak mimo chaosu jaki nam się wydawało mamy przed sobą, przez labirynt przebiega kilka krzyżujących się ze sobą głównych ulic, które docierają do jednej z wyjściowych bram.

Jak się okazało Fas al-Bali nie jest niebezpiecznym miejscem. W odróżnieniu od Casy, stare miasto wydawało się być przyjazne i otwarte na nowego przybysza.

Zwiedzanie warto zacząć od oglądania grobowców Marynidów, skąd rozciąga się cudowna panorama miasta. Stąd warto zajrzeć do ogrodów Bu Dżelud, prawdziwej rajskiej enklawy, gdzie miło zatrzymać się na chwilę, usiąść w kawiarence nad filiżanką aromatycznej herbaty, pachnącej kardamonem kawy, przegryzając napoje wspaniałymi ciastkami lepkimi od miodu, obsypanymi orzechami i migdałami. Na samo wspomnienie tych wspaniałych chwil robi się ciężko na sercu…

Również Dar Batha Muzeum warte jest zobaczenia, choćby ze względu na dziedzińce i ogrody. Przedstawione w nim eksponaty skupiają się na miejscowej tradycji i folklorze. Mogliśmy podziwiać kolejne wspaniałe dywany, hafty i kaligrafię. Jednak to co w szczególności warte jest zobaczenia to ceramika. Lata przedmiotów datowane są już na XVI wiek do lat 30. XX w. Co ciekawe, wszystkie te precjoza bazują na tej samej, niezmiennej od tylu lat technice wykonania. Mówi się, że Coś jest albo nowe, albo stare, a jeśli już takie jest, to może liczyć zarówno 30, jak i 300 lat.

Jeśli ktoś by musiał wybrać tylko jedną, jedyną rzecz jaką może zobaczyć w Fezie to bez wątpienia powinna to być Medresa Bu Lnania i zegar wodny. Obecnie miejsce to jest odrestaurowane, ale przed remontem medresa była jedynym dostępnym niemuzułmanom budynkiem religijnym w mieście. Dobrze zachowane dekoracje pokrywają każdy kawałek dziedzińca. Ciemny cedr, przepięknie rzeźbione drewno i stiuki to kolejny raz prawdziwe arcydzieła sztuki. Strzelisty minaret Medresy dominuje nad znaczną częścią starego miasta. To prawdziwe cudo do fotografowania nie tylko tego dokładnie miejsca, ale i całej panoramy Starego Fezu. Z jej dachu rozciąga się wspaniały widok na prawie całe miasto.

Naprzeciw medresy znajduje się zegar wodny, który składa się z trzynastu okien i platform. Do tej pory tak naprawdę nie wiadomo jak działa to cacko. Dzisiejsze teorie stwierdzają, że co godzinę otwierało się jedno okno i do odpowiedniej miseczki spadał odpowiedni ciężarek.

Jak w wielu miejscach Maroka i Fez ma swoje legendy. Jedna z nich związana jest właśnie z wodnym zegarem. Podobno został on wykonany przez nadużywającego haszyszu zegarmistrza . Ponieważ zegar ma wadę, czasami zamiast do przodu zaczyna chodzić do tyłu. Wtedy to właśnie na świecie wybuchają straszliwe wojny i zdarzają się liczne nieszczęścia jak powodzie, cyklony i katastrofy. Artysta za wykonanie rzeczy zsyłającej na świat takie piętno, został ukarany przez los. Pewnego dnia obudził się ze stopami odwróconymi do tyłu, a chodząc wstecz, wpadł do fontanny i utopił się. Od tamtej chwili jeśli ktoś skosztuje z niej wody, jego stopy natychmiast odwrócą się do tyłu. Niestety nikt nie wie, gdzie znajduje się fontanna do której wpadł pechowy zegarmistrz i czy jeszcze istnieje to miejsce z legendy. Mimo wszystko jest w tym krztyna prawdy, woda z fontann Fezu nie nadaje się do picia nawet po przegotowaniu.

Najpopularniejszym środkiem transportu w Starym Fezie są osiołki, które rozczulają w szczególności dzieci i turystki. Jest ich tutaj całe mnóstwo, to jedyna możliwość by dotrzeć z zaopatrzeniem do sklepów i kafejek położonych w wąziutkich, krętych uliczkach. Osiołki są niezwykle barwne i zabawne. Noszą ciekawe pledy, część zwierzaków na nogach ma założone specyficzne ochraniacze. To klapki ze starych opon, które chronią je i pomagają im w pokonywaniu najbardziej stromych uliczek.

Przykro było nam opuszczać Fez, jednak nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego co jeszcze przed nami.

That familiar sound,
explains what I”m feeling
I”m both lost and found
never been there before

A ritual disgrace, Marrakech adventure
A ritual disgrace, Marrakech adventure

Jeśli przyjrzymy się historii okaże się, że od Maroka starszy jest Marrakesz. Maroko to tylko słownie zniekształcony Marrakesz. Nikogo to stwierdzenie chyba nie powinno zbytnio dziwić, bo faktycznie wyczuwa się tu swojego rodzaju powiązanie.

Podróż do tego miasta to jak spełnienie snu, czy jak lot magicznym dywanem do świata baśni. Wystarczy udać się na samą Medynę by pokochać Marrakesz bez pamięci. Plac Dżamaa al- Fna jest miejscem wręcz niezwykłym, nie tylko jak na Maroko, ale myślę, że na całym świecie jest niewiele miejsc, które wzbudzają podobne emocje. Nie wiadomo dokładnie w jaki sposób powstał, także pochodzenie etymologiczne nazwy nie jest znane. Uważa się jednak, że oznacza „plac bez meczetu” lub „zgromadzenie umarłych”, które nawiązuje do targów niewolników i egzekucji, jakie odbywały się tutaj aż do XIX wieku.

Plac jest ciekawy o każdej porze, choć w dzień traci sporo swojej magii. Dlatego szczególnie polecam jego zobaczenie w godzinach wieczornych. To co zobaczycie przerośnie wasze wyobrażenie, nasze przerosło również. Na placu co wieczór odbywa się wielki targ ze straganami- restauracyjnymi. Wokół nich gromadzą się kuglarze, berberyjscy opowiadacze legend i historii, wróżbici, bębniarze, muzycy, zaklinacze węży, samozwańczy uzdrawiacze i dentyści z cała masa sadystycznych narzędzi i wyrwanych zębów. Występy trwają do północy i przyciągają nieliczone rzesze turystów.

To samo w dzień, można tu zobaczyć dorożkarzy zarabiających na chleb, zaklinaczy węży, którzy w każdej chwili znienacka potrafią na szyję zarzucić Ci zwierzę by tylko zmusić do zdjęcia i zarobić pieniądze. Lepiej trzymać się od nich z daleka jeśli ktoś odczuwa paniczny lęk przed wężami. Warto tu tez uważać ze zdjęciami, bo naganiacze na każdym kroku będą starali się wydusić każdy grosz. Rankiem jednak jest o wiele puściej, aż to nas zdziwiło.

Spotkamy tu sprzedawców nawołujących do zakupów w przeróżnych językach, znajdzie się też kilku polskich poliglotów. Trafiamy na suk, znów gubimy się w labiryncie niezliczonych uliczek. Trafiamy do części aptecznej, nawet trudno ją tak nazwać bo to bardziej stragany dla praktykujących czarownic i magów. Są tu suszone ogony jaszczurek, suszone skrzydło nietoperza, pazury gadów i suszone kości. To naprawdę coś niezwykłego. To tak jakby cofnąć się do czasów średniowiecznych, albo na ulicę Śmiertelnego Mroku z Harrego Pottera. Jednak skoro jest oferta, musi być kupiec. W sumie jeśli spotkaliśmy już tylu wróżbitów, czemu nie wierzyć w miejscowe magiczne praktyki.

Na suku z wikliną postanawiamy kupić kosz na zakupy, przyda się w Polsce zamiast torebek foliowych lub mnóstwa eko- toreb. Tego typu wyroby są tu fantastyczne, a mnogość ekspozycji jest niesamowita. Tak jak wszędzie nie można zapomnieć o targowaniu chyba, że masz ochotę zapłacić niewyobrażalną sumę za zakupy. Znajdujemy piękny kosz na sprawunki, czy nawet do zwyczajnego przechadzania się w letnie dni jako zastępstwo torby. Pytamy o cenę, sprzedawca mówi, że 1 000 MAD. Zatkało nas ale nauczeni doświadczeniem odkładamy koszyk na miejsce. Odchodzimy, a cena nagle drastycznie spada. Po kilkunastu minutach odchodzimy z koszem tańszym dziesięciokrotnie. Po tych wszystkich jarmarczno- zakupowych wojażach zgłodnieliśmy. Jak zawsze jest w czym wybierać, a ponieważ jedzenie jest wszędzie tanie, nie należy się sugerować wystrojem restauracji. Nie powinno także dziwić, że nawet w eleganckiej restauracji dostaniecie porysowane czy wyszczerbione talerze. To zwyczajnie się tu zdarza i nie oznacza, że jedzenie jest trujące bądź niesmaczne.

Generalnie całe Marko słynie z przepysznego jedzenia i faktycznie tak jest. Wieczorem trzeba pamiętać, że wszystkie knajpki pękają w szwach, więc lepiej przybyć nieco wcześniej i zająć miejsce. Tym bardziej, że można tu siedzieć godzinami i obserwować przechodzących ludzi, toczące się wokół życie Marokańczyków. Oferta kulinarna to niezliczone rodzaje kuskusu, tadżinu, grillowanych ryb, owoców morza, również ślimaków. Każdy znajdzie coś dla siebie, nawet jeśli nie jada mięsa. Zamawiamy kuskus. Gotowana kasza z grubo zmielonego ziarna pszenicy, razem z duszonym gęstym sosem, podana na ogromnym ceramicznym półmisku, do tego oddzielnie sos i harissa smakują niebywale.

Z racji, że Islam zabrania picia alkoholu, nie sprzedaje się go właściwie w tanich restauracjach, oraz sklepach spożywczych. Można go jedynie kupić w supermarketach w dużych miastach oraz restauracjach lepszych hoteli. Ceny jednak są spore, więc lepiej zakupić trunki będąc jeszcze na lotnisku.

Punktem orientacyjnym miasta jest meczet Kutubijja, nazwany tak od pobliskiego bazaru księgarskiego. Miejsce jest ogromne i zalicza się do czołówki światowej jeśli chodzi o tego typu budowle. Może tu zmieścić się jednocześnie aż 25 tys. wiernych. Niestety środek nie jest przeznaczony do zwiedzania dla turystów, a modlić tam mogą się jedynie wyznawcy Islamu. Innym musi wystarczyć podziwianie wręcz cudownej wieży/ minaretu, z którego muezin codziennie wzywa do modlitwy mieszkańców Marrakeszu. Obecnie minaret ozdobiony jest czterema miedzianymi kulami. Kiedyś były to ponoć kule ze szczerego złota. Jak opowiada historia, jedną z nich podarowała żona el Mansura, jako rekompensatę za niedotrzymanie postu w czasie Ramadanu. Ze skruchy oddała swą złotą biżuterię, którą przetopiono na kulę. Zresztą do dziś w świecie muzułmańskim nieprzestrzeganie postu podczas ramadanu jest grzechem, niegdyś było to niezwykle kosztowne i karygodne.

W historię XVI wiecznego Maroka wpisała się dynastia Saadytów, którzy systematycznie przejmowali władzę nad kolejnymi terenami państwa. Najznamienitszym przedstawicielem był Ahmed al-Mansur. Perłą ich architektury są znajdujące się w Marrakeszu grobowce. Najprawdopodobniej najstarsza część nekropolii powstała jeszcze przed panowaniem dynastii. Groby ukryte są za wysokimi murami południowej części meczetu Kasby. Chowani tu byli władcy oraz ich rodziny. Wspaniałe mozaiki i stiuki wykonane w drewnie cedrowym jak zawsze robią ogromne wrażenie. Podobno zazdrosny o piękną architekturę okresu Saadytów sułtan Mulaj Ismail, kazał zburzyć Saadyckie pałace. Z szacunku pozostawił jedynie groby, które kazał otoczyć wysokim murem. Przez lata miejsce to zarosło, podupadło i zostało zapomnienie. W 1907 r. odnaleźli je francuscy archeolodzy i na nowo przywrócili do życia. Kompleks mieści dwa mauzolea. Mauzoleum w którym pochowano al-Mansura składa się z trzech pomieszczeń. W jednym z nich znajduje się grób sułtana, otoczony innymi grobowcami, a w tym jego synów i następców. W drugim i starszym pawilonie miejsce spoczynku znalazły kobiety, znajdują się tam szczątki matki Ahmeda- Lalli Messuady, oraz założyciela dynastii Saadytów- Muhammada asz-Szajcha.

Kawałek za murami mediny znajdują się ogrody Menara i Agdala. To doskonałe miejsce schronienia przed upałem nie tylko dla turystów, ale i mieszkańców miasta. Ogród Agdala otoczony jest wspaniałymi murami i zajmuje powierzchnię około trzech km. Wejścia znajdują się przy każdym z rogów i dobrze o tym pamiętać, gdyż część turystów idących wzdłuż murów czasami błądzi i rezygnuje z wejścia. W ogrodzie można wypoczywać w cieniu pomarańczowych, cytrynowych, figowych i morelowych sadów, oraz wśród pięknej urody sadzawek. Z dachu letniego pawilonu- Minzy, można oglądać piękne widoki w tym na góry Atlasu, czy meczet Kutubijja.

Nie pozostało nam już nic innego jak zrobić drobne zakupy. Kupić kilka pamiątek dla bliskich. Postanowiliśmy zjeść ostatnia romantyczna kolacje pod Marokańskim niebem podziwiać piękno miasta z balkonu naszego hotelu. Potem nie pozostało nam już nic innego jak iść na ostatnią zieloną, aromatyczną herbatę do knajpki z widokiem na Dżemaa el-Fna i próbować zabrać ze sobą jak najwięcej wspomnień, jak najwięcej tego miejsca. Żałuję, że nie ma magicznych latających dywanów, które by zawsze mogły nas przenosić do tych wspaniałych miejsc. Naprawdę trudno wyobrazić sobie, że przylatuje się tu nowoczesnym samolotem, a jeszcze trudniej pogodzić się z tym, że trzeba nim odlecieć do domu.

Marek Falkowski

O Marek Falkowski 62 artykuły
Marek Falkowski – Specialist in the field of new technologies and IT security. Author of numerous opinion-forming articles about politics, business and technology. In his daily life he implements IT solutions for the public administration. Expert in the field of data protection with particular focus on personal data and classified information.