Nie tędy droga do szczęścia

Zawsze myślałam, że szczęście zależy od wielu czynników, od najbliższych osób, od tego, czy ktoś mnie kocha. Poznanie nowego chłopaka, wiele zakochanie, euforia ogromne szczęście. Wzajemne poznawanie się, oczekiwania marzenia i …. Brak szczęścia. Jak to? Przecież przy jego boku miałam być najszczęśliwsza na całym świecie. Jak to? Przecież miał czytać w moich myślach, wiedzieć czego potrzebuję i dawać mi to!

Im bardziej chciałam, im bardziej oczekiwałam tym szybciej szczęście, a właściwie Dawca Szczęścia znikał. Na początku oprócz rozgoryczenia, oraz złamanego serca, co zresztą jest przypisane młodzieńczym miłościom, nic mi nie dolegało. „Tego kwiatu to pół światu”, „On nie zasługuje na Ciebie, znajdziesz lepszego”, „Nie wiedział co stracił” – słowa pocieszenia tłumaczyły wszystko i układały się w budowane przeze mnie puzzle. Wynik na tamten czas zawsze był taki sam – to jeszcze nie ten książę z bajki, na którego tak niecierpliwie czekam.

Pamiętam, jak on zwrócił moją uwagę. Był nieziemsko przystojny, a do tego tajemniczy. Na pierwszy rzut ideał. Udawałam oczywiście, że w ogóle nie znajduje się w kręgu moich zainteresować. Tak przecież podpowiadają wszystkie poradniki, z których tak namiętnie korzystałam. „Im bardziej się narzucasz, tym on szybciej straci Tobą zainteresowanie”. Już nie pamiętam, w którym miejscu przeczytałam o takiej złotej zasadzie. Oczywiście zawsze na początku się sprawdzała. A później pozostawała jedynie mieszanka wybuchowa w mojej głowie. Czy mogę się odzywać kiedy mam na to ochotę, czy może jednak nie pisać kolejnego sms-a, bo się odstraszy.

Ten chłopak wydawał mi się wyjątkowy. Oczywiście moja metoda jak najbardziej poskutkowała. Pod koniec imprezy podszedł do mnie czarować. Chyba nie trzeba mówić, że bardzo szybko mu uległam. Po kilku dniach siedziałam już z telefonem i wyczekiwałam od niego jakiejkolwiek wiadomości. Rzeczywiście otrzymałam sms-a po kilku dniach o treści „co słychać?”. Podskoczyłam z radości. Napisał. Na pewno mu na mnie zależy! Ale gdzieś w środku mnie czułam nutę zawiedzenia. „Co słychać?”, tylko tyle?

Bądź niedostępna i powściągliwa, skarciłam się w myślach. Ok. a co u Ciebie? – odpisałam. Na odpowiedź i jednocześnie propozycję wyjścia na piwo czekałam aż 1,5 dnia. Myślałam, że zniosę jajo. Zastanawiałam się nawet, czy czasem nie wysłać mu drugi raz sms-a z przypomnieniem. Może tamten nie doszedł? Albo zapomniał odpisać? Nie, będę niedostępna.

Na naszą „pierwszą randkę” wystroiłam się jak nigdy. Już w końcu nie pamiętam, kiedy miałam okazję tak randkować. Zresztą byłam już po jednym bardzo nieudanym związku, po którym jak zwykle obiecałam sobie, że koniec z facetami. Moje plany bardzo szybko poszły w odstawkę, ponieważ nie lubiłam być sama. Czułam się, jakbym nie wiedziała co ze sobą mogę tak naprawdę zrobić.

Moje zaskoczenie nie miało granic. Chłopak, z którym już w myślach wiązałam swoją przyszłość nie przyszedł sam… To było bardzo dziwne. Siedzieliśmy pod parasolkami, ja, on i jego kumpel. Tylko mi się wydaje, czy czułam się jak trzecie koło u roweru? Starałam się robić dobrą minę do złej gry. Chyba nie muszę tłumaczyć, że i tutaj znalazłam dla niego wytłumaczenie. Pewnie jest bardzo nieśmiały.

Czara goryczy jednak przelała się w chwili, kiedy doszło do tego, gdy zaczęło się ściemniać, a mój wymarzony książę z bajki oznajmił mi, że musi się zawijać do domu, bo jutro czeka go bardzo ciężki dzień i musi wcześnie wstać. Zapłacił za siebie i kolegę, wstał i poszli w swoim kierunku. Siedziałam oniemiała i nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Czy na takie zachowanie, również znajdę dla niego wytłumaczenie?

Wracałam do siebie z duszą na ramieniu. Byłam przekonana, że mnie mój wspaniały i taki wyjątkowy facet odprowadzi, co zakończy się romantycznym, pocałunkiem pod klatką schodową. Rozbeczałam się jak dziecko. Co ja sobie wyobrażałam. Rany, czy ja zawsze muszę trafiać na samych dupków?

Resztę wieczoru, a raczej nocy miałam już zapłakany i bardzo przygnębiający. Naprawdę nie wiedziałam co ze mną jest nie tak. Zaskoczyło mnie to, że po kilku dniach znowu otrzymałam wiadomość od mojego „księcia”, czy mam ochotę na kolejne spotkanie.

„Dam mu jeszcze jedną szansę”, pomyślałam. Skoro ostatnio był taki zapracowany, na pewno miał coś bardzo ważnego na głowie. Przyłapałam się na tym, że ponownie usprawiedliwiam jego zachowanie. Właściwie nie wiedziałam, że usprawiedliwiam, ale bardzo chciałam się z nim zobaczyć. Oczyma wyobraźni widziałam, jak zabiera mnie nad rzekę, na romantyczny spacer. Na pewno się poprawi i wręczy mi jakiegoś ładnego kwiatka. W końcu ostatnio zachował się bardzo nieelegancko.

Gdy przygotowywałam się na spotkanie, w głowie miałam już plan o czym będziemy rozmawiać. Na pewno pociągniemy te tematy, które wtedy rozpoczęliśmy na imprezie. W takim razie nie powinniśmy się ze sobą nudzić. Wydawało mi się, że mamy ze sobą naprawdę wiele wspólnego.

Jakież było moje rozczarowanie, gdy znowu zaraz po przywitaniu się, powiedział mi o wspólnym wyjściu ze znajomymi. Łaskawie pomyślał o tym, że na pewno ja nie mam nic do roboty, dlatego postanowił mnie trochę rozerwać. Już wiedziałam, że nie mam co liczyć na romantyczną randkę we dwoję. Nie wiem dlaczego od razu nie zrezygnowałam ze spotkania. Poszłam z nim do pubu, znowu na piwo. Oczywiście nikogo nie znałam. Tylko siedziałam z boku i przysłuchiwałam się rozmowom. Jego koleżanki patrzyły na mnie jak na ufoludka.

– Skoczysz po piwo – mój książę, nagle z kolejną łaską wypowiedział do mnie jedno zdanie podczas całego spotkania.

– Jasne – odpowiedziałam. Chwyciłam torebkę, kurtkę i poszłam. Ale nie w kierunku baru, tylko w stronę wyjścia. Rozejrzałam się dookoła. Przy nim szczęścia na pewno nie znajdę.

Może czas najwyższy zastanowić się nad tym, czy w ogóle jakikolwiek facet, jest w stanie dać mi to szczęście, o które tak strasznie zabiegam? Dopiero po wielu miesiącach szukania odpowiedzi znalazłam ją. Tutaj chyba moje zdziwienie przekroczyło wszelkie możliwości. Szczęście od zawsze nosiłam w sobie. Nie musiałam szukać go nigdy na zewnątrz. Ja jednak wolałam gonić własny ogon i cały czas się denerwować, że nie jestem w stanie go złapać. Logiczne? Byłam jedną z wielu, która rzeczywiście uzależniała własne szczęście od wszystkich dookoła. Teraz na „szczęście”, jestem za nie sama odpowiedzialna. Skończył się mój bieg, a rozpoczęłam delikatny spacer delektując się każdym dniem.