Pojednanie

Czasami przychodzą takie chwile, kiedy czujesz się całkowicie oderwaną od rzeczywistości. Nieustannie biegniesz. Biegniesz tak szybko, że aż boisz się zatrzymać. Boisz się zadać sobie pytanie „Po co to wszystko”?.

Przeznaczenia nie ominiesz. Zawsze wyrwiesz się z tego biegu. Jeżeli nie podejmiesz tej decyzji samodzielnie, coś lub ktoś zrobią to za Ciebie. Ślepy los, przykre wydarzenie, choroba lub śmierć. Dobrze by było, gdyby ta ostatnia przyczyna nigdy się nie pojawiła. Stanąć oko w oko w obliczu śmierci i zadać sobie pytanie jaki był cel mojego życia? Przykra sprawa.

Moje przemyślenia coraz bardziej odbijały się od mojej głowy i wpadały niczym do głębokiej studni. Tam było słychać odpowiedź, ale ze względu na odległość dzielącą od mojej powierzchni bycia – zagłuszały ją wszystkie inne zmysły. Mój wewnętrzny słuch był całkowicie ogłuszony.

Za to nazbyt dokładnie słyszałam to, co mówią inni ludzie, widziałam, czułam i dotykałam ból, złośliwość, zgorzkniałość, ironię i dziką satysfakcję, której nie kryli ludzie widzący, że u innych też się nie układa. Czy właśni przed tym nie chcemy uciekać? Myśląc naiwnie, że jeżeli będziemy coraz szybsi, lepsi, we wszystkim najlepsi, to ta zgorzkniałość nigdy nas nie doścignie. A my jedynie będziemy mogli, oczywiście w pośpiechu, wszystkim zazdrośnikom pokazać środkowy palec. Czy to właśnie jest prawdziwy mechanizm tego błędnego koła?

Czułam się coraz bardziej zmęczona tym biegiem. A jednak paradoksalnie nie potrafiłam się zatrzymać. Rósł we mnie lęk, że nie zdążę. Czy Ty też zauważasz absurd tej sytuacji? Lęk i ucieczka przed strachem. Lęk przed tym, że nie zdążę kazał mi biec jeszcze szybciej, by tylko nie zmierzać się ze swoim strachem. Strachem, po co tak naprawdę biegnę i co przez to w życiu tracę, lub straciłam…

***

Strzepnęłam niewidoczny pyłek z mojej nowej marynarki. Uśmiechnęłam się sztucznie do swojego odbicia w lustrze.

– Dasz radę – pomyślałam – jak zawsze dasz radę.

Gdzieś jednak w głębi klatki piersiowej dudniło mi serce. Tym razem nie chodziło i spotkanie z szefem o podwyżkę, czy też przeprowadzenie małej konferencji wśród współpracowników. Tym razem miała spotkać się z moim mężem. Prawie byłym mężem.

Jak przez mgłę pamiętam moment, kiedy wręczył mi pozew rozwodowy i stwierdził, że nie widzi już przyszłości dla naszego małżeństwa. Pamiętam tylko, że poczułam coś w rodzaju suchego, wręcz siarczystego policzka. Zaschło mi w gardle. Co miałam powiedzieć? Moje koleżanki z pracy też już dawno były po rozwodach. Nieraz żartowały sobie, że to kwestia czasu, kiedy spotka mnie to samo. W 99,99% procentach, mężczyźni nie radzili sobie z sytuacją, kiedy to ich kobieta robiła karierę zawodową, a nie oni. Również i ja doczekała się tego kulminacyjnego momentu. Nie rozpaczałam, nie płakałam. Przyjęłam, że ten fakt był wpisany w ryzyko zawodowe.

Dzisiaj mieliśmy spotkać się na neutralnym gruncie, by po przyjacielsku omówić warunki rozwodu. Nie mieliśmy dzieci. Nie mieliśmy nawet psa. Jedyne co mogliśmy dzielić, to nasz dom i mieszkanie w centrum miasta. Nie zamierzałam z nim iść na udry. Nasz podział ról był całkowicie odwrotny od tradycyjnego. Ja wnosiłam do domy pieniądze, a mąż serce. Ja mogłam zamówić co najwyżej catering, bo stanie przy garach uznawałam za stratę czasu. To mój mąż na początku naszego małżeństwa witał mnie pyszną kolacją. Na początku, bo później coraz częściej zdarzało mi się dzwonić do niego, że wrócę później, więc zjem coś na mieście. Na moim koncie pojawiały się coraz większe sumy. Kolejne awanse, premie i nadgodziny. Cała masa nadgodzin. Uwielbiałam czasem logować się na konto, by popatrzeć na coraz większą sumę. To dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Chyba najśmieszniejsze jest to, że nawet nie miałam czasu na wydawanie tych pieniędzy. Kiedy ostatni raz byłam w kinie lub w galerii handlowej? Jak czegoś potrzebowałam, szybko zamawiałam przez Internet.

***

Jeszcze raz spojrzałam kontrolnie na moje lustrzane odbicie. Wydawało mi się, że już nie muszę nic poprawiać. Wsiadłam do mojego nowego Audi i puściłam swoją ulubioną płytę. Zamyślona, co powiem byłemu mężowi, ruszyłam z osiedlowej uliczki. Poczułam przeszywający ból, a później zapadłam się w nicość.

***

Obudziłam się w nieznanym mi miejscu. Po chwili widziałam nad sobą kilka nieznajomych twarzy. Obraz mocno się rozmazywał. Nie mogłam złapać ostrości obrazu. Kilka pytań o moje imię, nazwisko i to jak się czuje. Ktoś medycznym językiem wyrecytował, że miałam wypadek, dużo szczęścia, brak obrażeń wewnętrznych. Jak to? Jak to miałam dużo szczęścia, skoro znalazłam się tutaj??? Miałam następnego dnia pójść na ważne spotkanie z głównym Menadżerem, który szykował dla mnie wyższe stanowisko pracy. Zaraz, trzeba to im jakość powiedzieć, żeby poczekali na mnie. Próbowałam powiedzieć, żeby ktoś mi podał telefon, ale nie mogłam wydusić z siebie słowa. Z bezsilności poleciały mi łzy po policzkach. Pierwszy raz od kilku lat. Ostatni raz płakałam, gdy dowiedziałam się, że nie mogę mieć dzieci.

Poczułam ból. Bolało mnie całe ciało. Każdy centymetr tego cholernego ciała. Pielęgniarka widząca mój niepokój przyniosła mi środki przeciwbólowe. Nawet nie miałam jak zaprotestować. Zrobiła zastrzyk i opiekuńczo pogłaskała mnie po dłoni. Cicho powiedziała, że za chwilę mi ulży.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz, toś wobec mnie okazał taki gest. Zasnęłam. W tej chwili marzyłam tylko o tym, by zasnąć. Chciałam, żeby ten koszmar skończył się jak najszybciej.

Nie wiem, ile trwałam w swoim głębokim śnie wywołanym środkami uspokajającymi i przeciwbólowymi. Może to trwało tylko kilka godzin, a może kilka dni. Obudził mnie czyjś dotyk. Otworzyłam powieki. Przełknęłam resztki śliny. Obok mojego łóżka siedział mój mąż. Był…. był jakiś dziwny. Przygaszony, niewyspany, jakby chudszy, niż zwykle.

– Wojtek – wyszeptałam.

– Ciiii, nie męcz się – odpowiedział smutnym tonem.

Spojrzałam na niego lekko wystraszona, ale też gdzieś w głębi serca bezpieczna. Dobrze, że był. Siedział tak dłuższą chwilę, ale nie patrzył na mnie. Jego wzrok był skoncentrowany w jeden punkt. Chyba nawet i na niego nie patrzył, tylko tak naprawdę myślami był gdzieś indziej.

Wojtek przychodził do mnie prawie codziennie. Nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Jego obecność była dla mnie wystarczająca. Najważniejsze było dla mnie to, że nie poruszaliśmy tematu rozwodu. Leżąc wiele godzin w szpitalnej sali, zaczęłam robić rachunek sumienia. Zaniedbałam go. Oddałam się całkowicie pracy. Wybrałam ucieczkę od życia, od problemów i wtopiłam się w pracę. Tak było łatwiej.

Po usłyszeniu diagnozy, że nigdy nie zostanę mamą, że nigdy nie będziemy rodzicami, poczułam chwilowe załamanie. Postanowiłam jednak się nie poddawać. Obiecałam sobie, że nie popadnę w żadną depresję. Chociaż bardzo pragnęliśmy maleństwa, szybko potrafiłam sobie wytłumaczyć, że może to rzeczywiście nie była droga dla mnie. Zawsze byłam ambitna, więc skupiłam się na pracy. Poprzeczka była stawiana przeze mnie coraz wyżej. Tak wysoko, aż cała dotychczasowa piramida wartości obróciła się o 180 stopni.

Już wiedziałam, że awans sprzed nosa sprzątnęła moja najlepsza koleżanka z pracy. Wiedziałam doskonale, że w takich korporacjach nie ma sentymentów, nie ma przyjaźni. Czy bolało? Trochę, teraz cieszyłam się, że w ogóle żyję. Zaczynały docierać do mnie słowa lekarzy, że miałam bardzo dużo szczęścia. Mogło mnie tu nie być. Dostałam drugą szansę. Powoli odpływałam w planach ratowania swojego małżeństwa. Znajdę spokojniejszą pracę, będę miała więcej czasu dla męża. Kto wie, jeżeli wyjdziemy z kryzysu, to może nawet pomyślimy o adopcji. Ja o niej nie chciałam słyszeć, chociaż Wojtek powiedział mi, że jest gotowy na to by pokochać inne dziecko. Dla mnie to było uderzenie w moją godność. To byłoby przyznanie się przed światem do mojej ułomności. Wolałam być uznawana za egoistyczną karierowiczkę, niż biedną kobietę, która wypełnia pustkę innymi dziećmi. Teraz patrzyłam na to inaczej. Aż się uśmiechałam do siebie, że w ogóle mogłam tak myśleć. Tak bardzo przejmowałam się zdaniem innych.

Gdy nadszedł dzień mojego wypisu ze szpitala, Wojtek czekał już na korytarzu. Był jak zwykle małomówny, ale bardzo pomocny. Cieszyłam się, że jest tak blisko mnie, bo nie miałam już nikogo, kto by okazałby mi swoje wsparcie w tych trudnych chwilach.

Szarmancko puszczał mnie pierwszą w drzwiach, niósł moją torbę, otworzył drzwi do auta. Jeszcze byłam obolała, ale szczęśliwa, że w końcu będę mogła odpocząć w naszym domu. Spoglądałam przez szyby na całe otoczenie. Zorientowałam się, że przez ostatnie miesiące, a nawet chyba lata, nie obserwowała zmieniającej się przyrody. Świat wyglądał tak świeżo. Czułam się, jakbym widziała wszystko po raz pierwszy. Wzięłam głęboki oddech. Wszystko od teraz będzie inaczej, lepiej. Nawet jeżeli będzie trzeba, wybiorę się na terapię, by poukładać wszystkie swoje sprawy. Spojrzałam z czułością na swojego męża, który z wyraźną koncentracją prowadził auto.

Gdy weszliśmy do domu i mój mąż postawił na podłodze moją torbę zaproponowałam, że zrobię nam herbatę.

– Nie dziękuję – odpowiedział krótko – muszę już jechać

– Jak to? – spojrzałam na niego badawczo – Myślałam, że zostaniesz, to przecież też Twój dom… – powiedziałam niepewnie

– Przepraszam, nie mogę – nie patrzył na mnie

– Jasne, rozumiem. Jeszcze wszystko za wcześnie. Wiesz, ja sobie w szpitalu wszystko przemyślałam. Zrezygnuję z pracy, by ratować nasze małżeństwo. Teraz wszystko poukłada się zupełnie inaczej. Popełniałam wiele błędów. Wiem, że nie mieliśmy czasu, by o tym porozmawiać, nie miałam okazji, by Cię za wszystko przeprosić…

– Klara… Ja już nie wrócę – Wojtek przełknął głośno ślinę

– Jak to nie wrócisz, przecież nie rozmawialiśmy o rozwodzie, byłeś u mnie każdego dnia, myślałam, że damy sobie drugą szansę – zaczynałam panikować.

– Nie rozmawialiśmy, bo nie chciałem poruszać tych tematów w szpitalu. Chciałem, byś szybko wyzdrowiała. Jezu, tak mi przykro, że musiało Cię to wszystko spotkać. Ja… na tym spotkaniu, do którego nie doszło z powodu Twojego wypadku… ja miałem Ci coś powiedzieć

Usiadłam na brzegu kanapy. Czułam drżenie rąk. Myślałam, że serce wyskoczy mi przez gardło.

– Klara, ja kogoś mam. To tak szybko się potoczyło. Wiem, że nie mieszkamy ze sobą od kilku miesięcy. Ale ja już od kilku ostatnich lat, nie czułem się Twoim mężem. Niedawno poznałem kogoś. Chcę tego rozwodu, bo… bo ona jest w ciąży. Ta wiadomość mnie zaskoczyła, ale jestem szczęśliwy. Nie chciałem, żebyś się dowiedziała o tym w takich okolicznościach. Przepraszam Cię, jeśli dałem Ci złudne nadzieje. Jak tam leżałaś w szpitalu, ciągle myślałem o tym, czy musiało do tego wszystkiego dojść. Kochałem Cię jak wariat, ale później czułem się kompletnie niepotrzebny. Jak piąte koło u wozu. Nie byłem dla Ciebie najważniejszy. Monikę poznałem dopiero po tym, jak już nie wytrzymałem i zażądałem rozwodu. Do ostatniej chwili byłem Ci cholernie wierny, łudziłem się, że się opamiętasz. Ale jak zgodziłaś się na rozwód, w taki sposób, jakbyś potwierdzała zakup nowego telewizora, zrozumiałem, że już nie mam na co liczyć….

Cała drżałam. Nie spodziewałam się tego. Przed chwilą chciałam wszystko odbudować, ratować nasze małżeństwo, a teraz nie miałam już kompletnie nic. Zostałam sama ze swoimi myślami. Wojtek na odchodne powiedział tylko, że jeśli czegoś będę potrzebowała, to mogę na niego liczyć. Ale po tym co mi powiedział zrozumiałam, że on już ma swoje życie. Jest szczęśliwy. Boże, jak to cholernie boli. Zderzyłam się z rzeczywistością od której tak bardzo chciałam uciec. Wszystko się rozsypało w drobny mak. Dobry Boże, jak jak mam to teraz wszystko poskładać?

***

Kolejne tygodnie mijały na dochodzeniu do siebie. Nie wracałam jeszcze do pracy. Byłam na zwolnieniu chorobowym. Ale wiedziałam też, że po wyczerpaniu wszystkich wolnych dni nie wrócę do tej pracy. Nie widziałam się już w roli kobiety robiącej karierę. Byłam tym wszystkim zmęczona.

Czy byłam zła na Wojtka? Początkowo byłam wściekła za to, co mi zrobił. Dopiero później jednak zaczęłam sobie uświadamiać, że gdy podetknął mi pod nos pozew rozwodowy, nie zareagowałam. On chciał jeszcze wtedy walczyć o nasze małżeństwo. Ja stwierdziłam, że jest to kolejny krok w karierze zawodowej. Dałam mu wolną rękę. Czy powinnam była teraz się dziwić, że zakłada rodzinę, szczęśliwą rodzinę z kimś innym.

Zaczęło to boleć. Miałam wrażenie, że nigdy sobie tego nie wybaczę. Jak mogłam się tak bardzo zatracić w pracy? Czemu podejmowałam takie decyzje?

Gdzieś jednak zaczęłam odradzać się na nowo. Miałam tak wiele czasu, brak zajęcia powodował, że skupiałam się wyłącznie na sobie. Zaczęłam pisać pamiętnik. Wydawało mi się to śmieszne, ale nagle puściło wszystko. Kolejne kartki zapisywałam z małym uśmiechem, ze łzami w oczach, ze złością. Ta mieszanka emocji powodowała, że pisałam kolejne zdania, rzucałam pamiętnikiem w kąt i obiecałam sobie, że już nigdy więcej do niego nie wrócę. Ale następnego dnia znowu pisałam to co czuję.

Wylewałam z siebie cały ból, który zaczął się w chwili, kiedy uświadomiłam sobie, że nie mogę dać mężowi dziecka. Czułam się jak niepełnowartościowa kobieta. Dlatego ze wszystkich sił chciałam pokazać, że coś znaczę. A świat podsuwał mi najprostszą metodę – pracę, pieniądze, przyjemności. Zatraciłam się w tym wszystkim, gubiąc co najważniejsze.

Postanowiłam zmierzyć się z demonami przeszłości. Jak zwykle ambitnie. Podpisałam pozew rozwodowy bez krzty zazdrości, uczucia żalu i złości. Skupiłam się na wylizaniu siebie ze wszystkich ran, które zadawałam sobie sama. Pisałam pamiętnik, szukałam odpowiedzi na wiele pytań, które były głucho stawiane przez ostatnie lata. Wybaczałam sobie wszystko po kolei. Wiedziałam, że jeżeli tego nie zrobię, ciągle będę tkwiła w martwym punkcie.

***

Tego dnia załatwiałam kilka spraw na mieście. Przechodząc koło przystanku autobusowego spojrzałam na plakat. Widniały na nim małe dzieci. Akcja dotyczyła zbierania pieluszek i innych środków higienicznych dla maluchów z domu dziecka. Zrobiłam kilka kroków w stronę kolejnego sklepu, który miałam odwiedzić. Cofnęłam się. Stanęłam przed plakatem i poczułam drżenie serca. Czy tak właśnie objawia się wewnętrzne powołanie? Już wiedziałam, że moja droga dopiero się zaczyna. Dając sobie prawo do bólu, a później przebaczając sobie wszystkie złe decyzję, nauczyłam się rozglądać dookoła. Nasze życie może zawsze zyskać głębszy sens, jeżeli tylko będziemy potrafili zatrzymać się w swoim biegu.

Ja się zatrzymałam. Uśmiechnęłam się do maluszków znajdujących się na zdjęciu. Mój bieg skończył się przy tym plakacie.