Służba Tobie

Małżeństwo zawsze kojarzyło mi się z czymś, czego raczej nie można nazwać wielką miłością. Raczej tutaj bardziej pochyliłabym się na stwierdzeniu małżeństwo z rozsądku lub takie, które na pewno jest nie udane. Jak byłam mała, jakoś wokół mnie było pełno nieudanych małżeństw. Zastanawiałam się po co dwoje dorosłych ludzi są ze sobą i każdego dnia uprzykrzają sobie doskonale życie. Czyż nie łatwiej byłoby jednak, gdyby żyli osobno?

Swoje wielkie miłości, które przeżywałam w czasach liceum i studiów, zawsze kojarzyły mi się z białą sukienką i długim welonem. Ale szczerze, nigdy nie potrafiłam sobie wyobrazić tego, co będzie dalej. Wręcz nawet tego się strasznie bałam. Miałam wrażenie, że właśnie na pięknym ślubie oraz weselu kończy się życie. Potem już tylko mamy czysty obowiązek i poświęcenie.

Długo musiałam się przekonywać, że wcale tak nie musi być. Tony przeczytanych psychologicznych książek i poradników. Godziny przesłuchanych webinariów i innych nagrań. Szybko mogłam się przekonać na własnej skórze, że z powodzeniem mogłabym przeprowadzać psychoanalizy swoim wszystkim koleżankom, które były aktualnie nieszczęśliwie zakochane. Tylko jakoś ta psychoanaliza nie działała na mnie samą.

Zanim dotarłam do prawdziwego, i jak myślę również dojrzałego związku, musiało upłynąć trochę czasu. W mojej głowie musiały się poprzestawiać pewne priorytety, inaczej sobie z nimi kompletnie bym nie dawała rady. W końcu przestałam uzależniać swoje szczęście od mężczyzny. Co było chyba dla mnie najbardziej przełomowe, jak i również odkrywcze. Z drugiej jednak strony, czasami tęskniłam za kimś, z kim mogłabym dzielić swoje życie. Swoje małe radości oraz pewne troski dnia codziennego.

Któregoś dnia, zanim poznałam mojego męża postanowiłam, że muszę mieć plan na ułożenie sobie życia bez faceta. Jak to? Przecież wszystkie moje koleżanki mówią mi, że jest to tylko kwestia czasu, by rzeczywiście kogoś poznać. Ale czy ja już miałam siły oraz chęci na zapełnianie swojej pustki, byle kim? Poza tym wróćmy do mojej puenty. Ja nie chciałam się czuć pusta. Nie chciałam czuć się wybrakowana tylko z powodu, że nikogo aktualnie nie mam. Teraz to jest nadal trudne. Mimo, że teoretycznie minęły czasy, kiedy dwudziestoletnia dziewczyna bez męża, była uznawana za starą pannę. Ale i tak wzrok politowania tych, którzy ułożyli sobie życie, bardzo często pojawiał się na mnie. Ten wzrok to i tak jeszcze było nic w porównaniu do niektórych zdarzeń, które w ogóle wydawały mi się być oderwane od rzeczywistości. W końcu czy nie znajdowałam się w takiej sytuacji, kiedy rzeczywiście nagle okazywało się, że znajduje się na randce w ciemno? Naprawdę w ciemno. Idąc ze znajomymi na imprezę, okazywało się, że tam jest ten, który miał być mi przeznaczony. Oczywiście przez zatroskaną koleżankę…

Trochę popłynęłam. Rzeczywiście czasami mi się to zdarza. Szczególnie jeśli wspominam, jak bardzo mocno zmienił się mój dotychczasowy punkt widzenia. Kiedyś małżeństwa uznawałam za kiepski pomysł. To znaczy ślub i wesele, jak najbardziej wpisywały się w moje marzenia, ale od późniejszej rzeczywistości już jednak byłam bardzo daleka.

Tak jak już wspominałam, plan bez mężczyzny na życie został przeze mnie opracowany. Wiedziałam doskonale, że żyje się tylko raz i warto robić wyłącznie dobre rzeczy. Powiedziałam sobie, że będę zwiedzać świat i przy okazji pomagać różnym, szczególnie biednym ludziom. To byto dla mnie wyzwanie, a nawet mogę powiedzieć więcej – zaczęłam tym poniekąd żyć. To mi uświadomiło, że w życiu ważny jest cel. Nieważne jaki, ważne, żeby był cel. Ja już swój miałam. Czy zatem mężczyzna był mi do szczęścia potrzebny?

I tak właśnie jak sobie żyłam swoimi planami, a także tym, że w końcu moje życie nabrało prawdziwych kolorów pojawił się ON. Nie powiem, że nie byłam nim zainteresowana. Ale na pewno nie tak bardzo, jak na wszystkich typach, które przewinęły się przez moje życie. Na pewno nie zamierzałam o niego zabiegać. A już tym bardziej płakać z tego powodu, gdyby jednak nasze drogi miały się rozejść.

Nasza miłość rosła powoli. Czy były motyle w brzuchu? Były, ale aż tyle jak kiedyś. Było dużo romantyzmu, rozmów, czułości i gdybania o naszym wspólnym życiu. Ale czułam ogromny spokój. Jakby wszystko miało się dziać. Jakby każde wydarzenie i tak było wpisane w odpowiedni czas i miejsce. Nic nie chciałam przyspieszać, nic opóźniać. Uważałam, że wszystko powinno się toczyć własnym rytmem. Zupełnie inaczej, niż wydawało mi się to na początku mojej drogi poszukiwania Miłości.

Z jednej strony po prostu tworzyłam szczęśliwy związek, nie kombinując i nie mieszając w nim za dużo. A z drugiej słuchałam swoich koleżanek, które dalej się miotały. On nie wie, czy ją kocha. Ona nie wie, czy też jest zakochana. Jej nie zależy. Ale gdy tylko kiwnął palcem, znowu leciała. Skąd ja to znam. Taka przykra przypadłość wszystkich kobiet, które chcą kochać za bardzo.

Gdy już staliśmy się małżeństwem, czy coś się zmieniło? Bardzo wiele. W końcu przestałam być narzeczoną, ale stałam się żoną. Można powiedzieć, że miała zdecydowanie więcej do powiedzenia. Ale czy właśnie o to chodzi, by mieć więcej do powiedzenia? Nauczyłam się, że nie. Oczywiście jak to bywa w moim przypadku, potrzebowałam trochę czasu, by dojrzeć do pewnych spraw oraz spostrzeżeń.

Jeszcze nie tak dawno sądziłam, że jesteśmy oboje, ale każdy z nas dba o swoje własne szczęście, swoje własne sprawy i jest odpowiedzialny za to, jak się czuje. Rzeczywiście żyjąc solo jak najbardziej tak było. Ale czy z drugiej strony, gdy ja byłam przybita z powodu niewyjaśnionych spraw zawodowych, to mogłam w każdej chwili liczyć na wsparcie mojego męża. Nigdy mi nie powiedział, że jest to wyłącznie moja sprawa, i właściwie nie powinnam się tym przejmować, bo to i tak nie ma sensu. Był przy mnie i wspierał. Tak jak przy wielu innych rzeczach. Sprawach mniej i bardziej poważnych.

Tylko czy on mógł liczyć na takie samo wsparcie z mojej strony? Właśnie nie do końca. Byłam wpatrzona w swoje szczęście. I tutaj nie patrzyłam na jego potrzeby, ponieważ uważałam, że jest już na tyle duży, że z pewnością poradzi sobie sam. Ale z drugiej strony przecież nieźle pachniało ode mnie hipokryzją.

Kiedyś mnie mój mąż zastrzelił pewnym stwierdzeniem. Kiedy znowu byłam w niehumorze, ponieważ coś mi nie odpowiadało. Czułam w jakieś sprawie bardzo duży dyskomfort, koniecznie chciałam nagiąć fakty w taki sposób, by mogły być dopasowane do moich oczekiwań. Mój mąż mnie uspokoił i powiedział, że przecież teraz odkąd jesteśmy małżeństwem, jest w stanie, a nawet powinien zrezygnować z własnego szczęścia, by tylko dać mi tego czego potrzebuję. Moje misternie składane psychologiczne puzzle, rozleciały się w mgnieniu oka. Jak to! Jak on jest w stanie się poświęcić dla mnie. Przecież każdy powinien dbać o siebie. Czyż nie zaczęłam sobie sama zaprzeczać?

Nie wiedziałam co powiedzieć. Musiałam zostać z tą myślą sam na sam, by się zagłębić w jej sens. Wszystkie dotychczasowe poradniki coachowe oraz psychologiczne gdzieś się pogubiły. Hasła „najważniejsza jesteś Ty”, „zadbaj o siebie, bo nikt za Ciebie tego nie zrobi” itp. poszły nagle. Ulotniły się. Wręcz rozsypały się w mak. Ale przecież, no właśnie…

Przecież ja już nie jestem sama. Jesteśmy my. MY. I co każdy ma sobie skrobać rzepkę? Czy tak właśnie mielibyśmy żyć? Razem, ale jednak osobno? Już tą ścieżką na pewno nie będę szła. Co ciekawe wiem, że ta droga, którą ja wybrałam – przepraszam, my wybraliśmy, jest trudniejsza, ale za to piękniejsza. Jesteśmy po to, by walczyć o swoje szczęście. Wzajemne szczęście.

foto: www.freeimages.com / Joshua Tan